Rozmowa
Na paryskim bruku i nad dachami Paryża

Jak powstawał tekst „Kantora w Paryżu” i co było jego inspiracją? 


Paweł Zapendowski: Niedługo po śmierci Tadeusza Kantora chciałem napisać o nim sztukę teatralną pt. „Wigilia, Kantor i ja”. Musiało minąć wiele lat, zanim udało mi się ją stworzyć i wystawić. W roku 1990 nie byłem na to przygotowany i choć zacząłem pisać, to długo nie wracałem do tego pomysłu. W nieukończonym dramacie sprzed lat są dwie sceny, które weszły teraz do spektaklu. Jest w niej moje alter-ego w wieku 10 lat. Chłopiec, który idzie do Cricoteki, bo chce się spotkać z Kantorem, którego widział w telewizji. Chłopiec szuka czegoś ekscytującego w życiu. W osobie Kantora odnajduje obietnicę przygody. Spotyka artystę, lecz ten mówi mu, że jest zajęty, bo jedzie ze spektaklem do Paryża, ale obiecuje zająć się chłopcem po powrocie. W drugiej scenie ten sam chłopiec znów szuka Kantora, ale jeden z aktorów teatru Cricot 2 mówi mu, że artysta już z nikim się nie spotka, bo właśnie ma miejsce jego pogrzeb. Zatem jest to opowieść o spotkaniu niemożliwym, bo najpierw jest na nie za wcześnie, a potem jest już na nie za późno. Ten chłopiec musi dorosnąć i sam zrealizować swoją drogę teatralną. Tadeusz Kantor, który skończył ASP i zaczynał karierę jako scenograf, był całym sobą człowiekiem teatru. Teatr był mu dosłownie potrzebny do życia. Wielu ludzi też zrealizowało się w życiu dzięki jego sztuce. Dla wielu aktorów Cricot 2 to była wielka życiowa przygoda. Jak pan widzi, ta moja droga od napisania pierwszej wersji sztuki do obecnej wersji „Kantora w Paryżu” była bardzo długa.


Jaka historia stoi za spektaklem? Czy jest to przedstawienie o wielkim reżyserze czy komedia muzyczna na temat sztuki i artystów?


Wojciech Gałziński: Z Pawłem Zapendowskim poznaliśmy się przy realizacji jego poprzedniej sztuki „Jak z Almodovara”. Połowa scenariusza do „Kantora w Paryżu” zrodziła się z różnych historii z mojego życia poza ojczyzną. Dziś bardzo aktualny jest temat migracji. Wojna w Syrii i kwestia uchodźców to wielki problem Europy, na który jak na razie nie ma dobrego rozwiązania. Emigracja na Zachód Europy, jaką ja pamiętam sprzed wielu lat, kiedy właśnie dzieje się część akcji „Kantora w…”, była zupełnie inna. Spotykałem wtedy aktorów, ludzi teatru, którzy wyjechali na Zachód i znaleźli się w naprawdę trudnej sytuacji. Zdecydowanie lepiej miał tam malarz czy rzeźbiarz, który mógł wykonywać swój zawód chociażby jako rzemieślnik. Aktorzy stawali się portierami, glazurnikami, kucharzami. Bez znajomości języka nie byli nikomu potrzebni ze swoim Mickiewiczem i Słowackim. Wojciech Pszoniak zrobił tam filmową karierę, ale dopiero jako aktor francuskojęzyczny. Dlatego w naszym spektaklu wątki emigracyjne są też wyrazem uznania dla tamtych artystów, którzy może pracowali jako taksówkarze, ale mimo to cały czas starali się zaistnieć. Nagle w tym Paryżu pojawia się Kantor, którego twórczość nie bardzo rozumiano, ale był tak awangardowy, że robił na wszystkich wrażenie. W naszej sztuce artysta pozwala tym polskim aktorom zagrać w swoim spektaklu. Dla tamtego pokolenia wybijanie się na Zachodzie było drogą przez mękę. Znajdowali zatrudnienie w szkolnictwie artystycznym, ale na scenę trafiali bardzo rzadko. Zwłaszcza dla artystów ta emigracja lat 70. była bolesnym doświadczeniem.


Skąd pomysł, aby Kantora grała kobieta?


Paweł Zapendowski:  Kiedy byłem nastolatkiem, Kantor był dla mnie bardzo ważny. Zamierzałem napisać sztukę o mnie i mojej rodzinie poprzez twórczość i osobę Kantora. Ale czasy się zmieniły i teatr się zmienił. W roli Kantora obsadziłem aktorkę i ten pomysł w naszych czasach sprawdził się scenicznie. Kiedy mieszkałem przez pięć lat w Paryżu, doszedłem do wniosku, że dobrze byłoby w spektaklu pozwolić, aby to grająca go aktorka nie tylko odegrała tego wielkiego twórcę, ale również opowiedziała nam – widowni o swojej przygodzie z Kantorem. Historię polegającą na tym, że dostaje propozycję zagrania artysty, ale nie chce go grać, a nawet nie zna dobrze jego twórczości. Należy do pokolenia, dla którego on nie jest ważnym twórcą. Przyjmuje to ostatecznie jako zlecenie. Wyjeżdża do Paryża bez przekonania i trochę wątpiąc w swoje możliwości aktorskie. Jedzie grać „dla chleba”. Ostatecznie jednak orientuje się, że to przedsięwzięcie pomaga jej zawodowo w odkryciu swojej tożsamości. Znów czuje, że aktorstwo jest jej życiowym powołaniem oraz że ludzie, z którymi pracuje, są jej potrzebni, a ona im. Ta cała przygoda z Kantorem okazuje się ważnym życiowym doświadczeniem.

 

To, że słynnego artystę gra kobieta, pozwala nam odebrać go nie w sposób biograficzny. Ponieważ ona sama musi sobie odpowiedzieć, czym dla niej jest Kantor. Widz też może sobie zadać pytanie o to, czy i dlaczego twórczość Kantora jakoś na niego oddziałuje. Dla aktorki granie w tym spektaklu może być projekcją marzeń, które realizują się w Paryżu. Gdy kobieta wciela się w Kantora, to jest to na tyle intrygujące, że przykuwa uwagę widza i zastanawia go bardziej, niż gdyby zrobił to aktor mężczyzna. Z jednej strony patrzymy na nią-Kantora i śledzimy historię z życia reżysera, ale z drugiej strony patrzymy na nią-kobietę i jej historię. Ani naśladowanie teatru Kantora, ani naśladowanie jego fizyczności, mimiki i gestów w stopniu 1:1 na scenie niewiele by dało. Ten spektakl jest bardziej interpretacją życia i twórczości poprzez opowiadanie historii, która przydarza się komuś innemu.

Rozmawiał: Jakub Wydrzyński


4 marca/ sobota, godz. 18.00
24 marca/piątek, godz. 19.00 

„Kantor w Paryżu z piosenką francuską” komedia muzyczna
tekst, reżyseria, scenografia: Paweł Zapendowski
obsada: Izabella Grzybowska, Wojciech Gałziński, Jacek Łukaszewski, Andrea G. Cattaneo, Sarah Kościński (piosenka francuska), Wojciech Szpak (akordeon)